Premiery filmowe bardzo licznie pojawiały się w ostatnich tygodniach 2008 roku. Repertuar kin zachęca do spędzenia co najmniej kilku wieczorów w sali kinowej. Szczególnie polecam Małą Moskwę, najbardziej oczekiwaną tego roku produkcję polską.
Powszechna opinia na temat melodramatu jako gatunku opiera się na stwierdzeniu, że jest to film mało ambitny i przeznaczony głównie dla znudzonych gospodyń domowych, które muszą jakoś umilić sobie czas między gotowaniem ziemniaków i kolejnym praniem. Mała Moskwa łamie te stereotypy.
Jest rok 1867. Rosyjskiego wojskowy, pilot i niedoszły kosmonauta zostaje skierowany na służbę do Legnicy - małej Moskwy, największego garnizonu wojsk radzieckich w Europie Środkowowschodniej.
Przyjeżdża do Polski razem ze swoja młodziutką żoną Wierą. Tutaj historia zaczyna przypominać nieco Annę Kareninę. Wiera zakochuje się z wzajemnością w polskim żołnierzu. Jak łatwo się domyślić, trudno będzie zakochanym otrzymać błogosławieństwo władzy radzieckiej…

Film, co prawda nie jest genialny, lecz warto go obejrzeć szczególnie ze względu na cudowną muzykę, piękne kostiumy oraz fantastyczną grę aktorów. Film ten przedstawia głównie historie odrzucenia, rozpadu związku oraz miłości. Sam wątek romansu został skierowany na drugi plan. Sprawia on czasami wrażenie niedopracowanego, głównie przez nie wykorzystanie pobocznych wątków, które nie niosą ze sobą żadnego sensu. Charakterystyczne dla tego filmu są mocno naciągane fakty historyczne, do których np. możemy zaliczyć przedstawienie Ludowego wojska Polskiego, jako patetycznie honorowego i drętwego, co jest sprzeczne z tym, co przedstawiają nam podręczniki czy relacje świadków…